Tek de Cart, jeden z przyjaciół piszących na „Frondzie”,  napisał taką prośbę pod jednym z moich postów:

 

„Hiobie a mógłbyś napisać jakiś wpis o jeździe po stanach ? =) […]  Dużo prostych pytań ;) a myślę, że dla wielu będzie to ciekawe - zobaczyć zwykłe życie i porównać do swojego.”

Cóż… już chyba wszyscy wiedzą, że o sobie to ja mogę mówić godzinami, więc długo mnie zachęcać nie trzeba. ;-) Jak w tej anegdocie, gdy pewien młodzieniec, nazwijmy go Narcyzem, opowiada na randce o sobie przez godzinę… ale zorientował się, że jego dama jest cokolwiek zdegustowana, więc się zmitygował i rzekł: „Przepraszam Cię, kochanie. Znowu mówię o sobie? Ale jestem okropny. W takim razie teraz Ty coś powiedz o mnie.”

Skoro więc Tek de Cart uważa, że „dla wielu to będzie ciekawe”, to niech przeprowadzi ze mną wywiad. A jak kogoś zupełnie nie interesuje życie truckera, to niech poogląda widoki zza kierownicy. Zatem zapraszam...

 

Tek de Cart:  Hiob, ile Cię kosztuje paliwo na przejechanie od oceanu do oceanu?

Hiob: Oczywiście zależy to od odległości, od ciężaru ładunku i od aktualnych cen paliwa, ale podczas ostatniej trasy, z Oregonu na Florydę, wydałem na paliwo około  $1350. Przy dzisiejszych cenach paliwa, czyli około $2,7 za galon, czyli 70 centów za litr, samo paliwo kosztuje mnie około 40 centów za każdą przejechaną milę.

Tek de Cart:  Ile trwa taka podróż?

Hiob: Jadąc w miarę spokojnie i legalnie można przejechać około tysiąca km na dobę, czyli taka trasa zajmuje zwykle pięć dni. Gdy trasa jest krótsza, jak z Charlotte, gdzie mieszkam, do, powiedzmy, Los Angeles, to cztery. Można też jechać 11 godzin, spać dziesięć i jechać 11 – w ten sposób średnio przejedzie się więcej, niż tysiąc km na dobę i można urwać dodatkowy dzień. Ale taka jazda jest nie tylko męcząca, bo każdej doby trzeba iść spać trzy godziny wcześniej, więc po dwóch dniach zmuszamy organizm do zasypiania o 16, z wiadomym skutkiem, Zatem zwykle kierowca ogląda TV, czyta, śpi dwie godziny, a potem jeździ zygzakami, walcząc z sennością. Dlatego ja, jak tylko mogę, wyjeżdżam wcześniej, jadę w dzień i sypiam w nocy.

Jednak bywało już, że jeździłem regularnie z Los Angeles do Newarku w 48 godzin. Ani to nie było mądre, ani legalne i nie jest to coś z czego jestem dumny. Robiłem to, bo wymagał tego mój szef, a ja nie miałem na tyle odwagi, by się mu sprzeciwić (czyli po prostu odejść z tamtej pracy).  Było to tak dawno, że sprawa uległa przedawnieniu, więc się mogę przyznać, a piszę o tym tylko dlatego, żeby pokazać, jak istotne jest to, że w Europie kierowcy mają elektroniczne karty zapisu czasu pracy. My mamy ciągle papierowe karty drogowe, a papier jest cierpliwy, więc nieuczciwi pracodawcy i pazerni kierowcy czasem to wykorzystują.